-
Proszę, proszę – odezwał się wysoki brunet, unosząc powoli brew. – Chłopcy,
spójrzcie, kogo my tu mamy. Isaac Lahey, we własnej, skromnej osobie –
uśmiechnął się prześmiewczo, ukazując swe idealne uzębienie.
Trójka
jego, pozornie, najlepszych przyjaciół obserwowała zbliżającego się do nich
wysokiego bruneta, goszcząc na swych ustach złośliwe, przesiąknięte jadem,
uśmieszki. Uważnie lustrowali go wzrokiem, nie szczędząc przy tym wrednych
uwag, co do jego pozbawionego stylu ubioru czy okropnego wyglądu. Chłopak
skrzywił się na ich widok, a w jego błękitnych tęczówkach znów pojawił się ten
cień smutku. Dobrze wiedział, co go teraz czekało, dlatego starał się uspokoić
na tyle, by dłonie przestały mu się trząść. Wiele razy zachodził się w głowie,
dlaczego po prostu nie może się im postawić. Znał odpowiedź. Bał się. Bał się,
ponieważ ktoś nauczył go strachu.
Prawda
była smutna. Isaac Lahey, chociaż nie wiem, jak bardzo by tego nie chciał,
pochodził z ubogiej rodziny, nieposiadającej odpowiednich funduszy, aby
wyposażyć syna w porządny strój, przybory czy cokolwiek, co potrzebuje młody
człowiek w szkole średniej, co automatycznie wiązało się z byciem pośmiewiskiem.
Wyzywany od „brudasów’, „slumsów”, „biedaków” czy też od wiele gorszych;
popychany na szkolnym korytarzu jak zwykła, niepotrzebna zabawka; niebudzący w
nikim krzty szacunku; nieposiadający żadnej godności. A wszystko za sprawą
znikomej ilości zer na co miesięcznym wydruku z konta bankowego jego rodziców. Gdyby to było w życiu najważniejsze.
Jednak najgorszym problemem Isaaca Laheya był jego własny ojciec – alkoholik
lub, dokładniej rzecz ujmując, bezrobotny pijak, nieposiadający żadnych aspiracji
na przyszłość. To on
zgotował mu los, urzeczywistniając tym samym jego najgorsze, nocne koszmary. I
pomimo tego całego złego traktowania przez rówieśników, to właśnie tu, w
szkole, brunet spędzał możliwie jak najwięcej czasu. Nazywał to „bezpiecznym”
miejscem. Czyli takim, gdzie nie musiał się bać o to, że ktoś, z kim spędził
większość życia, będąc pod wpływem alkoholu, zamknie go w szafie na cały dzień
lub, co gorsza, pobije go na śmierć.
Isaac
głęboko odetchnął. Przecież
mogę to zrobić. Gdyby miał się nad tym dłużej zastanowić, to w
zasadzie nie miał nic do stracenia.
- Odwal się, Ethan– krzyknął, wpatrując się w czekoladowe tęczówki bruneta i mocno
popychając go na metalowe szafki.
Przeszedł
go dreszcz na wspomnienie intensywności spojrzenia jego prześladowcy. Usłyszał
głośny łoskot upadającego ciała i uciekł. Uciekł, ponieważ jedynie to
gwarantowało mu złudne bezpieczeństwo.
No i mamy prolog. To dopiero początek, ale mamy nadzieję, że Wam się spodoba i będziecie czytać dalej. Może jakieś opinie w komentarzach? :) Pozdrawiamy!